piątek, 4 maja 2018

Wyzwolenie

Marzec, 2010 rok.

Dzień jak co dzień, wstałam, wykąpałam się, ubrałam. Podeszłam do stołu, widzę tulipany, myślę sobie, no dzisiaj akurat, dzisiaj nastał ten dzień, dzień rocznicy. Cały czas się zastanawiam czy kiedyś zapomnę, myślę że nie. Staram się, żeby moje życie stało się monotonne, tylko praca-dom. Jednak nie wiem dlaczego się tak nie dzieję, wystarczy że jest marzec i ten dzień. 12 Marca kolejna rocznica śmierci Adama. Nie mogę o tym zapomnieć, jednak przez cały rok staram się nie myśleć, jednak ten dzień, ten jeden dzień potrafi mi wywrócić wszystko do góry nogami, dlaczego? Dlaczego, nie mogę zapomnieć tamtego dnia?! Istnieją ludzie, którzy nie wierzą w przesądy bądź klątwy. Jednak ja wierze i trzyma mnie to w przekonaniu, że istnieją klątwy i przesądy.

Jestem młodą kobietą, mam 34 lata, długie blond kręcone włosy, zawsze nienaganny makijaż, półbuty i spódnica z koszulą. Tak, u mnie to tak zwany chyba rytuał, muszę się tak ubrać i koniec, kropka, nie ma innej opcji, żebym ubrała się inaczej. Oczywiście inne ciuchy, inne kolory, ale zawsze w tej kategorii. Jak miałam 12 lat, bardzo ale to bardzo nienawidziłam kobit, które noszą monotonne ubrania, zawsze ten sam krój, kategorie, styl. A teraz się pytam, co robię? Identycznie tą samą kobietą jestem, których nie trawiłam, ha.

Mój mąż.... kiedyś bardzo lubiał spacery przy świetle księżyca, długie kąpiele w wannie. Tak, mój mąż, bardzo uwielbiał się relaksować, wręcz kochał. Ciekawe jaki by był teraz, jak by się zachowywał, co by robił. Mój Adaś...
Adaś był miłością mojego życia, moim ideałem, moim snem, moim życiem. Bóg mi go odebrał na zawsze, ale kiedys go spotkam.

Najważniejsze w życiu podobno jest przebaczenie, wybaczenie, uwolnienie się od swoich myśli. A ja co? Nie potrafię ani wybaczyć, ani przestać myśleć. Na imię mi Lena. Nie będę powtarzać, tego samego cyklu, ile mam lat, i jak wyglądam, bo oczywiście to nie ma sensu, tak.

Życie jest na tyle nie sprawiedliwe, że nie wiesz co cię czeka, nie wiesz co czeka Ciebie a co sąsiada. Ja zastanawiam się nad jednym, dlaczego ja mam pod górkę, a sąsiad prostą drogę przez świat.

Listopad, 2005 rok.

Siedzimy z Adasiem w jadalni rano, jemy śniadanko. Rozmawiamy jak zawsze, o planu dnia, co chcemy zrobić dzisiaj, czego nie zrobiliśmy wczoraj. Adaś dzisiaj jedzie na wieś do swojej mamy, odwiedzić ją, bo dawno się nie widzieli. Ja jednak nie mogę, tam jechać, nie...nie, że nie chcę, ale no kurcze, wolę iść do pracy, niż jechać i kontaktować się z tą kobietą. Teściowa moja nazywa się Danuta, ma świznę na głowie, dość długie włosy, zawsze spięte w kokon. Za tydzień kończy 70lat. Szczuplutka kobieta, ale posiada bardzo wielką siłę fizyczną, matka męża jest tak silna, że dała by radę nie jednej młodej kobiecie. Ciągle się mnie czepia, czego? Tego, że nie urodziłam jeszcze dziecka, jej...JEJ, synowi.. a co ja jestem? Chcę mieć bardzo dziecko, ale Adam ciągle jest zajęty, to on cały czas nie ma czasu na płodzenie dziecka i na wychowywanie. Czy ja jestem na niego zła? Jestem, nie chcę być tak wykorzystywana, czy ja wiem, czy użyłam dobrego słowa... Hm, może bardziej świadczy o tym, chcę mieć własną rodzinę, życie takie jak ma moja siostra.

Siostra moja - Angelika, moja bliźniaczka. Może wyglądamy tak samo, jednak nasze charaktery i nasze życia są zupełnie inne. Siostrzyczka moja kochana, ma kochającego męża, pomający jej w każdych czynnościach domowych. Mieszkają oboje w pięknym domu, kolorystycznym, cieknącym miłością i radością. Wchodząc do jej domu, mam wrażenie, że wchodzę do sanktuarium miłości, szczęścia i dobrobytu. Mówiąc DOBROBYT, mam na myśli, wszystko...DZIECI...MĄŻ....ŻONA.... życie o którym marzę. Czy zazdroszczę? Nawet bardzo, wręcz nie potrafię zrozumieć jego, dlaczego Pan Bóg, nie chce dać mi takiego samego życia, albo chociaż w połowie podobnego jakie ma moja Angelika.

Mają śliczne dzieciaki Roksanę, Oksanę i Damianka. Idealne dzieciaki, dzieciaki które dodawają radość życia, radość wstawania, istnienia, obowiązków domowych.

Roksanka jest najstarsza, ma czarne, kręcone włosy i duże brązowe oczy. Charakteryzuje się uprzejmością, dobrym humorem i lekkim piórem. Dziewczynka, która potrafi w pare minutek wymyślić opowiadanie, warte tysiące hajsu. Talent dziecka, to duma rodziców.

Oksanka jednak jest sumienna, opanowana i cichutka. Czasami mam wrażenie, że tej dziewczynki nie ma w pokoju. Okaza spokoju, ciekawe czy ona kiedyś się czymś zdenerwuje? He, albo doprowadze ją specjalnie do stanu NERWOWOŚĆ. Zobaczymy co się stanie. Z urody jest bardzo podobna do mamy i do mnie oczywiście, w końcu jesteśmy bliźniaczkami.

Damianek? Cały tata... Ale nic nie powiem o charakterze, bo dopiero rośnie i sika w pielucho-majtki. Cudowny bobas.

Luty, 2006 rok.

Walentynki? Hura, mój mąż dzisiaj wraca z delegacji od swojej mamuśki. Był tam znowu, jednak tym razem, aż na miesiąc. Kupiłam dzisiaj seksowną czerwoną bieliznę, całą w koroneczce. Chcę dzisiaj się oddać mężowi, jak kocica, jak dziwka, jak ździra. Chcę jęczeć mu do uszka i gryźć jego ciało, namiętnie i z uczuciem jednocześnie. Chcę być dzisiaj jego osobitą kurwą!

Wszedł, rzucił wszystkim, olał mnie. Nie chciał seksu... Może ma kogoś? Może ta wariatka - moja teściowa, znowu mu coś na mój temat powiedziała? On zawsze jest taki dziwny jak wraca ze wsi. Nie zwraca na mnie uwagi, zachowuje się jakby mnie już nie kochał. A co ja mam zrobić? Dziecka - mąż nie chce. Seksu - mąż nie chce, przeważnie jak wraca od swojej matki. A może, on wcale nie jeździ do matki? Może ma kochankę? Może ją rżnie, wszedzie, gdzie popadnie? Zabiję go, jeśli mnie zdradza, a jej to ja nie wiem, co ja zrobię. Na prawdę nie wiem, a może znowu popadam w furię, bo on jest dziwny. Teściowa ! Na pewno teściowa, nagadała mu coś, w końcu to wiedźma.

Zastanawia mnie mentalność mojej ukochanej teściowej, czasem sobię myślę, że ona jest głupia bardziej od typowej blondynki. W sumie, nie - ona nie jest głupia, ona jest strasznym manipulantem i chamem.

Marzec, 2006 rok.

Przyjechał nawalony jak świnia do domu. O której ? O 3 w nocy, gdzie on był? Co on robił? On chyba ma tą kochankę. Teraz ciągle jeździ do swojej mamuni, o ile do niej jeździ. Bo równocześnie może mieć kochankę, a co mam zrobić? Zadzwonić do tej wiedźmy? Nie! Zaraz będzie się cieszyła, że pozbędzie się mnie ze swojego życia i życia jej syneczka. Pierdolnięta kobieta, bardzo! Nigdy nie sądziłam, że to powiem, ale.... Zatrzymam to dla siebie.!

Dzisiaj powiem mu, powiem, że mam dość tej sytuacji, wszystkiego. Facet doprowadza mnie do szału. Po co ja mam z nim być? Ja chcę mieć rodzinę, odpowiedniego męża i dzieci, mnóstwo dzieci. Patrzeć jak dosrastają, jak przechodza bardzo trudny wiek i zaczynają mądrować. Tak! ja chcę to przeżyć, chce mieć normalną rodzinę z problemami. Nie chcę być w "rodzinie", którą mam teraz. Pseudo rodzinie, tak moje małżeństwo to pseudo rodzina.

Budzi się, leży obok mnie, ani nie spogląda w moją stronę, wstaję. Podchodzi do szafy i ten moment obraca się w moją stronę, zaczyna krzyczeć, że jestem nieodpowiednią żoną, że żałuję, że wziął sobie mnie za żonę, że niczego nie potrafię robić. Cham i prostak, bezczelny człowiek, arogancki dupek!
Bierze prysznic, a żeby lodowata woda leciała, i żeby go wreszcie szlak trafił. Go i jego wredną mamuśkę! Przeklęci sukinsyny!

Je obiad nadęty dupek, w granatowej koszuli, i brązowych, kasztanowych spodniach. Obiad zajada jak od paru miesięcy nie jak kiedyś. Dawniej jadł powoli, rozmawiał ze mną, śmiał się. A teraz? Je w pośpiechu, łapczywie i zaraz ucieka do tej kurwy. Tak kurwy, skąd wiem? Widziałam ich, byłam rano w sklepie. Podjechał pod nią do drewnianego domku i całowali się tak namiętnie, jak my kiedyś, dawno temu. Czy byliśmy kiedy kolwiek szczęśliwy Adaś?! Sądzę, że jednak nie, gdyby on był szczęśliwy nie znalazłby kochanki, kochałby mnie dalej, mielibyśmy rodzinę, dziecko. Tak pragnę dziecka, czemu nie mogę go mieć, a może rozwód? Poszukam innego mężczyzny i bingo? Tak, powiem mu, że chce rozwodu!

Leży na kanapie, muszę mu powiedzieć. Siadam naprzciwko i mówię mu, że wiem o jego romansie, że widziałam ich, że chcę rozwodu i w końcu zajść w ciążę. Wstaje, podchodzi do mnie, dostaję w pysk. Bardzo mocno mnie boli, czuję jak krew pulsuje w moich żyłach, jak ćmi mi się w oczach, szumi w głowie. Nie wiem co się dzieję, o Boże, czuję kolejny ból, świerzy, kolejny atak. Krew cieknie z mojej twarzy, tracę przytomność.

Budzę się, jest ciemno. Gdzie ja jestem? To nie sypialnia, to nie łóżko, nie ma okien. Piwnica? Zamknął mnie tutaj, dlaczego? Nie chce się ze mną rozwodzić? O co chodzi?
Adam! Co ty mi zrobiłeś.
Słyszę kroki, to nie jedna osoba, tu sa dwie osoby. Słyszę kroki męskie i damskie, damskie bo obcasy robią chałas. Otwierają się drzwi, o matko....

12 Marzec, 2006 rok.

Nie mam już siły, on mnie tutaj więzi, on i jego chora psychicznie matka. W co ja się wpakowałam. Biją mnie, torturują, on mnie gwałci, myją mnie Kärcherem, nigdy nie sądziłam że ktoś będzie mnie, aż tak źle traktować. Wszystko mnie boli, nie czuję już głodu, albo czuję? Sama nie wiem, co sie dzieje. Siedzę w tej ciemności, w tym lochu, tak dla mnie jest to loch, a nie piwinica. Loch za czasów starożytnych, średniowiecza! Tak jestem traktowana, jak jakiś zbój, albo dziwka. Przecież to on mnie zdradzał - zdradza, czego do diabła ta chora rodzinka ode mnie jeszcze chce???

Szarpie mnie ta wiedźma, każe się myć w łazience. Po co? Chcą zabić i zakopać? Jak w filmie, horrorze.. Kąpię się, myję bardzo dokładnie, nie ptrafię wyszorować z siebie tego wszystkiego. Tego okropnego zapachu, smierdzę - okropnie. Szoruję, szoruje tą skóre, jestem brudna, okropnie brudna. Oczy mnie aż bolą z tego światła, z tej jasności, pieką. Ciepła woda, strumień wody myje, spływa po moim nagim ciele, w końcu woda leci przeźroczysta juz nie jest innego koloru. Wychodzę spod prysznica, naga, widzę ją stoi i patrzy się na mnie, ciekawe czego chce?
Pytam ją, a ona pokazuje ręczniki i ciuchy i że mam zejść na dół do jej salonu, ale najpierw wziąść sobie z jadalni coś do jedzenia. Ogłupiała? Skąd do mnie taka miłość?

Co to za ludzie? Boże, zamkną mnie w szpitalu psychiatrycznym teraz. Co ja mam robić? Jak się mam zachowywać? Siedzę jak na kazaniu w kościele i patrze na teściową, co mam robić i co mówić, patrze na gesty i miny Adama. Boję się jak cholera, nie wiem co mnie czeka, czego się mam spodziewać. Goście odchodzą, grzecznie się żegnam i siadam w wyznaczonym miejscu. Adam uderza mnie w twarz, przyzwyczaiłam się do tego bólu, czuje tylko że dostałam. Mówi mi, że będzie się kochał ze swoją ukochaną na moich oczach.
Sądziłam, że mówi serio, jednak to była tylko metafora.

Nie no, nie wytrzymam. Miziają się na moich oczach, całują, wyznawają miłość, nawet słyszę jak się bzykają za ścianą. Do cholery nie dam się tak traktować i poniżać.

Teściowa wyszła, chyba na zakupy, a w dupie to mam gdzie, teraz jesteśmy sami - ja, kochanka i mąż. Boże trójkąt. Może zaproponuje seks ? Ha! Gust mojego męża to lafirynda. Nie jestem za silna, ale zabije, zabije ich obu i pójde siedzieć.
Biorę nóż, ostry i długi. Idę po schodach do sypialni - ich sypialni, namiętnych kochanków z piekła rodem. Otwieram drzwi, jak zawsze przeraźliwy dźwięk skrzypiących zawiasów. Od razu przerwałam ich namiętny, dziki seks. Popatrzył się i jak poparzony do mnie podleciał, uderzył mnie drzwiami i krzyczał na mnie, ryczał, wrzeszczał, że co ja robię, że co sobie wyobrażam, zrzucił mnie ze schodów i poleciałam.

No i pięknie znowu obudziłam się w tym lochu, cała obolała jestem, co za sukinsyn. Żeby tak traktować swoją "żonę" , tak bo ja byłam widocznie tylko jego przykrywką, ale że ta wiedźma na to pozwala, po co mam być dalej oficjalnie jego żoną. Nie jestem bogata, przecież oni mają dużo więcej hajsu ode mnie. Co to za chora sytuacja, cholernie tego nie rozumiem, nie wiem co się dzieje w moim życiu, dlaczego one jest tak skomplikowane, tak dziwne, tak chore, tak nieszczęsliwe.
Otwierają się drzwi, trzęsę się ze strachu, wchodzi ta dziwka, kochanica mojego męża. Podchodzi do mnie i podaje mi dłoń, to ci.... Pomaga mi wstać i prowadzi do salonu - piję z nią kawę czarną i jem sernik jej roboty. Aaa może chcą mnie otruć? Czego chcą , czego chce ode mnie ta kobieta. Rozmawiamy, rozmawiamy i dochodzi do mnie, że ona przechodzi przez to co ja na samym początku. Wielka miłość, szczęście, pieniądze, ale chęć założenia rodziny, widzę i słyszę, że wpada w te same bagno co ja przed ślubem do chwili obecnej. Ale co mam jej odpowiedzieć? Nic jej nie powiem, niech sama wie co ją czeka.

12 Marzec, 2006 rok, godzina 22:00.

Ja już tak nie potrafię, ja już tak nie mogę, niby pozwolili mi spać na kanapie w salonie, niby dali mi dostęp do kuchni i łazienki. Ale ja mam tak żyć? Jak długo jeszcze, ja mam być niewolnikiem w tej sytuacji? A kiedy się znudzę im. Teściowej - mężowi - kochance ? To co wtedy, co mi zrobią? Jaka to dziwna sytuacja, kompletnie obumieram w tej sytuacji. Obumieram, wykańczam się psychicznie, fizycznie - mam dość. Tym razem na pewno śpią, nie słyszę, żeby się rżneli jak króliki. Wstaje, nie oświetlam pomieszczeń, przypominam sobie, ze teściu miał kiedyś pistolet. Szukam - szukam. Wiem! Schowek na narzędzia - wyciągam pistolet, patrzę - naładowany. Życie uśmiecha się do mnie, sytuacja staje się w mojej głowie wygrana. Biegnę po schodach, wchodzę do ich sypialni. Widzę tylko w łóżku go, a gdzie ona? Nie ma jej, tym lepiej. Podchodze do niego - budzę go.

Błaga mnie o litość, prosi, żebym nie robiła nic głupiego. Co widzę w jego oczach? Przerażenie, trzęsie się ze strachu, tak bardzo przypomina mi - mnie. Jak leżałam w piwnicy, bałam się, byłam bita, katowana, traktowana jak śmieć. Tak zachowuje się teraz jak on, no ale trudno niech poczuje to co ja. Nie słucham już jego monologu, celuję do jego czaszki - strzelam!

12 Marzec, 2006 rok, godzina 23:27.

Teściowa nie wie co ma zrobić, biega po chałupie, czego szuka? Kto wie.
Kochanka nie wiadomo skąd się pojawiła i dotyka go, trupa całego w krwi - obrzydliwe.
A ja? Cieszę się, że zabiłam tego sukinsyna, siedzę na krześle z pistoletem w ręku i śmieje się w duszy, że mój koszmar minął, a może dopiero się zaczął?

Przyjechała policja. Robią zdjęcia dowodowe, no i biorą nas wszystkich na komisariat, szczerze powiedziawszy cały czas jestem chyba w transie, bo nie pamiętam gdzie mam pistolet, przecież miałam go w ręce a teraz gdzie jest? Wyparował?! Patrzę na teściową, a ona ściska moją dłoń - nie rozumiem?

Komisariat policji - czuje się jak przestępca. Teściowa opowiada na policji, że sprawcą śmierci jej syna jest kochanica mojego męża, nie wierzę w to co słyszę, ona mnie broni? A wrabia ją?  Ta biedna wrobiona dziwka broni się, że tylko dotykała go i dlatego jest cała w krwi. Nie może na mnie nic powiedzieć bo przecież nie widziała mnie, nie było jej tam. Jedynie z bronią widzieli mnie Adam i teściowa. Ha, ha jaka śmieszna sytuacja a zarazem tragiczna jak w filmie.

Kwiecień, 2006 rok.

Trwa rozprawa sądowa. No i wszystko jasne, dowodów na mnie nie było, nie ma, znikły z pomocą teściowej. A ona? została ukarana za morderstwo swojego kochanka i skazana na 20 lat pozbawienia wolności. Wychodzimy z sądu, nie obok siebie, dzielą nas prokurator i adwokat oskarżonej i paru mężczyzn. Wchodzę do taksówki a za mną ona, czego chce? Mówimi mi jedno, że zapominamy o sobie i o całej sytuacji.

Listopad, 2009 rok.

Dzień święty - Wszystkich Świętych, pierwszy raz od śmierci Adama idę na jego grób. Nie potrafię przestać myśleć co stało się 3 lata temu, nie potrafię przestać myśleć, że razem z teściową posadziłysmy w więzieniu kobietę niczego winnej. Zniszczyłam jej życie, a czy ona nie zniszczyła mi życia? Fakt - odebrała mi męża, przeżyłam koszmar katowania i bycia śmieciem. Fakt, że nie spedziłam tam 20 lat, tyle ile ona dostała więzienia, ale czy nie przyczyniła się do mojego obumierania? Przyczyniła!

Stoję nad jego grobem, jest pusty, cały z marumuru, piękne napisy, ale gdzie znicze? Jakieś kwiaty? Umarł, zmarł, zginał, został zabity, ale widzę że jego mamusia go opuściła, został pogrzebany ale nie pamięta o nim nikt, a może taki los był mu pisany, może takie sobie życie wybrał? Jednak, czy można powiedzieć, że sobie wybrał śmierć? Chce ktoś śmierci? Nikt.

Nagle, ktoś dotyka mojego ramienia, obracam się widze ją. Wygląda jak odrodzona dama, szczęśliwa swoim obecnym życiem, jednak w oczach widać smutek? żal? Po stracie jedynego syna. Jak gdyby nic wspominamy Adasia, jakie głupoty odstawiał, jakie miny robił, wspominamy. Cały czas się zastanawiam jak mogę być taka wyrachowana, czy ja doprawdny jestem taka sama jak ona i on? Po ty jak się zachowuje i jaka jestem obecnie, wnioskuję, że pasuje do tej rodziny.

Listopad, 2010 rok.

Dobra, idę na jego grób ostatni raz w swoim życiu. Dzisiaj ostatecznie zakończę schemat, rozdział życia z moim mężem. Tak, wiem że on nie żyje, jednak dalej tkwię w tym scenariuszu napisanym przez mojego małżonka, mnie i Danuty. Muszę zacząć żyć prawdziwym życiem, nowym scenariuszem, nowym etapem w swoim nędznym życiu. Mam 34 lata a już powoli koniec roku, będę miała 35 i co? Wdowa, bezdzietna i na koncie ma morderstwo męża, ale wykiwałam jego kochankę i ona teraz gnije w pierdlu, ha thriller i komedia w jednym!

Stoję przed grobem, zapalam znicz, klękam. Kochałam Cię mężu bardzo mocno, później stałeś się moim wrogiem tego dnia kiedy pierwszy raz użyłeś siły fizycznej na mnie, w ten dzień stałeś się moim wrogiem i nieprzyjacielem. Przeżyła bym z myślą, że jestem rozwódką, że nie kochałeś mnie już od dłuższego czasu i przeżyłam bym myśl, że jesteś z inną kobietą, jednak nie potrafię wybaczyć ci jednego - przemocy, katowania, tortury i traktowania jak śmiecia. Wiesz, może pod koniec twojego fałszywego i zakłamanego życia wcieliłam się w Ciebie, tak do dzisiaj uważam, że jedyną rzeczą jaką zrobiłam dobrze to odebranie Ci życia. Żegnaj mężu na zawsze, już nie twoja Hania!

Jadę do fryzjera, zmieniam swój wygląd, no w końcu nowy etap w życiu. Od teraz nie jestem blondynką tylko rudzielcem, mam cholernie mocny dziwkarski make-up, i to samo z ubraniami bardzo pociągające, wyzywające i kurewskie. W studio tatuażu, wytatuowałam sobie potkowę na szczęście. Wsiadam do samochodu jadę na komisariat - przyznaję się do winy, że to ja zabiłam męża, że razem z Danutą odegrałyśmy scene i zrobiły niewinną kobietę. Ja trafiłam do paki, a młodziutka dziewczyna wyszła na wolność, nie podała mi ręki, tylko uderzyła w policzek - słusznie!

Grudzień, 2010 rok.

Od dzisiaj zaczynam już oficjalnie NOWY ETAP  w swoim życiu - więzienne. Ale nie martwię się została mi jeszcze..... śmierć - wyzwolenie.

niedziela, 18 marca 2018

Załamanie

Sierpień, 2000 rok.

Anna wstaje do pracy, ubiera czarną spódnice i fioletową koszulę, kremowe szpileczki i swoje ulubione dodatki. Jest piękną kobietą o blond włosach i niebieskich oczach, długich rzęsach. Bardzo rzadko się maluje, jej naturalna uroda jest tak piękna, że makijaż jej nie jest potrzebny. Schodzi po schodach na dół, całuje swojego dziadka w czółko mówi - miłego dnia, idę do pracy - a on jak zawsze siedzi wpatrzony w sufit. Anna wychodzi z domu, wsiada do samochodu dziadka i jedzie do pracy.

Anna pracuje jako menadżer restauracji, oczywiście w firmie rodzinnej. Jej rodzice są właścicielami, ona stanowisko dostała już w pakiecie statusu rodzinnego.
Weszła do pracy, jak codzień bardzo miała do personelu z uśmiechem na twarzy:
- Witam wszystkich bardzo serdeczenie - powitała pracowników.
- Witamy szefową.
- Rodzicę są u siebie? - pytała barmankę.
- Tak. - odpowiedziała bardzo grzecznie menadżerce restauracji.
Kobieta weszła do gabinetu rodziców i przywitała się tak samo miło jak z pracownikami, przytuliła rodziców i powiedziała:
- No to, od czego dzisiaj się bierzemy do pracy?
- No ty córuś jak zawsze, na kuchnie i się pytaj czego potrzebują, czy coś zamówić na jutro, a może na już potrzebują. - odpowiedziała mama.
- Mamuś, he. Nie o tym mówie, to kwestia moich obowiązków. Ja się pytam, czy coś innego mamy w zanadżu ? To znaczy, nowy biznes? Rozkręcanie tego biznesu? Jakieś nowości? - ekscytowała się Anna.
- Oj zajmij się kuchnią, ogólnie restauracją. Takie sprawy został nam. Mi i mamie, no już do obowiązków, marsz! - puścił oczko córce, ta zaś posłuchała ojca i poszła na kuchnie, do szefa.

Zapadł już zmork, zmęczona młoda menadżer wsiadła do samochodu i pojechała do domu.
- Dziadku, jestem! - weszła do kuchni - Patrz co do Ciebie mam! - wyciągła soki i świeże owoce. - No co jest dziadku! Nie cieszysz się, że wróciłam do domu? - pocałowała dziadka w policzek i poszła do opiekunki.
- Halo , jak minał Pani Oktawio dzień? - zwróciła się do opiekunki medycznej.
- Jak zawsze, pranie, sprzątanie, gotowanie, zmywanie! Monotonia he.
- A dziadek?
- Co ja mogę Ci Aniu powiedzieć, jak zawsze, żeby zjadł trzeba go zmusić, żeby wyciągnać z dziadka chociaż jedno słowo, nieosiągnalne. - załamała się opiekunka.
- Niech pani się nie przejmuje, ze mną też nie rozmawia, ale wiem jedno! On nas docenia, panią i mnie. Ja to wiem, ja w to wierzę. - przytuliła Oktawię.

- No nareszcie łóżko, nareszcie odpoczynek! - weszła do łóżka i wyciągnęła książkę kryminalną. - A co, przeczytam sobie co nie co. Należy mi się. - Czytała pare stron, a dosłownie z jakieś 15 i zasnęła jak niemowlaczek.
- Ajj sobota, dzisiaj będzie masakra w pracy. Ludzi ogrom, jak to w soboty, ale nie, dzisiaj mamy dziadku lokal zarezerwowany na imprezę urodzinową, w dodatku 18nastkę. - chwyciła szklankę z sokiem pomarańczowym, napiła się i zabrała się za tosta z serem i szynką. - No i słuchaj dziadku, jak zawsze, rodzice skończą pracę o 15 i pójdą do domu tak, ja muszę zostać z kelnerkami do końca. Kuchnia też, zrobi ostatnie danie i paszoł do domu! Och boże, i na cholere mi jest bycie menadżerem.... - skończyła jeść śniadanie. - No przecież, ja tyle pracuje, a moja wypłata jest taka sama jak od kelnerek wyobrażasz to sobie? Rodzice mówią, ze muszę posmakować życia zwykłych ludzi, żeby stać się później szefem. Też tak sądzisz, a ty ojcu dałeś miano szefa kiedy? Och spóźnie się do pracy, pa dziadku! - jak codzień pocałowała dziadka i pojechała do restauracji.

W trakcie drogi natknęła się na wypadek samochodowy, droga była zablokowana i utknęła w korku. Anna była z natury ciekawską kobietą no i nie wytrzymała tym razem tej presji, musiała wyjść z samochodu i przejść się na miejsce wypadku.
- O kurde! Fuj. - wzięło ją na wymioty, kiedy widziała zwłoki bez głowy i w około krew, cieknąca z szyji zmarłego.
- Dobrze się pani czuje? Nie może pani tutaj stać. - mówiła stanowczo policjantka.
- Przepraszam, a kiedy będzie można przejechać tą drogą? Śpieszę się do pracy.
- Za godzinę otworzymy drogę, przykro mi. Może napisać pani zaświadczenie policyjne o przetrzymywaniu na miejscu wypadku?
- Owszem, bardzo bym prosiła. - wolała mieć zabezpieczenie, gdyby rodzice robili problem dlaczego tyle się spóźniła. Dostała od policjantki zaświadczenie i wsiadła do samochodu.

Koszmary nocne dotyczące wypadku samochodowego, którego była świadkiem nie opuszczają jej nawet na jedną noc. Boi się, wymiotuje w nocy, cały czas w śnie widzi głowe dryfującą po jezdni, a krew spływa po lini aż pod jej stopy. Anna zawsze budzi się z płaczem i biegnie do łazienki wymiotować.

Luty, 2006 rok.

- Dzień dobry panie Leopoldzie.
- Dzień dobry Anno, siadaj. Zaraz zaczniemy. - odpowiada psycholog. - Przygotowana?
- Oczywiście doktorze.
- Opowiedź mi jak się czujesz, czy coś się zmieniło od ostatniej wizyty?
- Doktorze tragedia. Cały czas to samo od 6 lat. - popatrzyła na niego, wiedziała że ma kontynuować. - A więc doktorze. Budze się o 3..4 w nocy z płaczem, lękiem i wymiotuje. Nie potrafię przestać myśleć o tym wypadku.

Anna idzie na cmentarz, kładzie znicz na grobie, kobiety z wypadku. Modli się.
- Spoczywaj w pokoju. Dzisiaj znowu miałam cię w śnie, znowu cię widziałam. Dlaczego mnie wybrałaś? Co ja takiego zrobiłam? Dlaczego ja?
- Kim pani jest? Co pani tutaj robi?! - podszedł do niej wysoki mężczyzna o rudawych włosach i koziej brodzie. - No słucham, co pani tutaj robi i kim jesteś?
- A pan przepraszam to kto?
- Mąż.
- Wyrazy współczucia. - Anna podaje dłoń mężczyźnie.
- Dziękuję. Radzę sobie, minęło 6 lat od śmierci mojej żony. Skąd pani zna moją żonę? Nie przypominam sobie, żebym kiedy kolwiek paniom poznał.
- Byłam świadkiem....wypadku samochodowego....byłam..
- Rozumiem.

Kobieta nie rozumie sytuacji. Latami się ciągnie w jej myślach i snach obraz wypadku w którym ucierpiała młoda kobieta, ale dlaczego to ona się tym tak badzo martwi i wykańcza psychicznie. Podchodzi do samochodu, otwiera drzwi i jedzie w to miejsce wypadku.
- Czemu mnie nachodzisz w snach? Psychice? Jesteś tutaj? Czy tu jest twój duch!!! - siada na jezdni i zaczyna szlochać.

Październik, 2011 rok.

- Mam już dość, nie potrafię więcej tak żyć. Odbija mi psychicznie. Na każdej drodze widuję wypadki, krew. - szlocha.
- Słuchaj, musisz sobie poradzić z tą sytuacją, nie możesz się winić za wypadek w którym byłaś tylko i wyłącznie świadkiem. - tłumaczy psychiatra. - Twoja psychika wariuje, przepisze Ci leki uspokajające.
- To ile ja mam tego jeść? Jestem już lekomanem. Sny = leki, płacz = leki, kurde ja chcę na prawdę zacząć żyć jak normalny człowiek.
- To się weź za siebie głupia babo.
Trzasnęła drzwiami i pojechała na most, zatrzymała się na pobuczu, samochód zostawiła na chodzie i wyszła. Podbiegła pod nadjeżdżający samochód. Kierowca uderzył w kobietę, nie zdążył zatrzymać pojazdu. Kobieta odbiła się od maski i przeleciała przez drogę, uderzyła głową w barierki kończące most.

Przyjechała karetka, policja. Jednak ocena była jednoznaczna ŚMIERĆ. Młoda kobieta popełniła samobójstwo, nikt nie potrafił jej pomóc, nikt nie potrafił jej zrozumieć. A ona chciała bez wątpienia zapomnieć o straszliwym wypadku, który wbił jej się bardzo w pamięć i zniszczył jej psychikę.

poniedziałek, 5 lutego 2018

Adopcja

Rok 1989, kwiecień. 
Na świat przyszedł ciemnoskóry, śliczny, pyzowaty chłopczyk. Urodził się w bardzo ubogiej rodzinie, która niestety musiała oddać chłopca do adopcji. Matka noworodka nie potrafiła sobie poradzić z tą sytuacją, że musi go oddać, ale jej mąż, kazał. Nie miała wyboru musiała oddać, nie chciała, jej wyrzuty sumienia w momencie porodu zaczeły nabierać prawa mocy, jednak co ta biedna kobieta mogła na to poradzić, że nie zdoła wychować swojego synka, co ona mu da? Życie w kartonie, nie miała nic, charowała jak wół, a nie miała ani grosza w portfelu, o czym tu mówić, nie miała nawet portfela. Jej mąż, potężny, czarnoskóry, mściwy mężczyzna, nie chciał słyszeć nawet o dziecku, gdy dowiedział się o ciąży, chciał zabić swoją żonę. Mieszkali przecież w oficynie. Simon, mąż kobiety, pracował w gospodarstwie, zajmował się wszystkimi zwierzętami panów. Nie miał wypłaty, nie dostawał pieniędzy, pracował w zamian za dach nad głową i resztki jedzenia. Nigdy nie sądził, że nie zdoła żonie zapewnić godnego życia, chciał mieć potomstwo bardzo chciał, gdy dowiedział się o ciąży, zdenerwował się, ale nie dlatego, że nie chciał tego dziecka, wręcz przeciwnie, chciał go bardzo, ale nie mógł go mieć. Łzy w jego oczach napływały, gdy chciał pozbawić żonę i dziecka życia. Ale po co? Jak odadzą dziecko do adopcji, to może panowie ich nie wyrzucą na bruk. Pamiętał umowę, którą podpisywał, musiał wyrzeć się potomstwa, na rzecz swojej pracy. Czekała go utradna rozmowa z pracodawcą, w końcu Victoria była już w 3 miesiącu ciąży. Poszedł do rezydencji pracodawców, wszedł od strony garażu, i poszedł do gabinetu Pana Leopolda. Wyjaśnił, że jego żona zaszła w ciąże, ale odadzą dziecko do adopcji, tylko niech ich nie wyrzucają, na to Leopold odpowiedział:

- Dobrze, oddaj dziecko do adopcji, a my w zamian z żoną pozwolimy wam dalej tutaj mieszkać i pracować. Ale pod jednym warunkiem, twoja żona Victoria, nie może zajść w drugą ciąże, jeśli zajdzie, zostaniecie wyrzuceni z dnia na dzień, bez rekomendacji. Czy Simonie zrozumiałeś? Jeśli tak, wyjdź.

Szczęśliwy, a zarazem zrozpaczony Simon wrócił do oficyny, poinformował ciężarną żonę o decyzji Pana.

Mijały miesiące, Victoria była bardzo źle traktowana przez Panią rezydencji, Oktawię. Dokuczała jej, kazała pracować na wysokościach i wszystkich innych czynności, które zagrażały dziecku w łonie matki.
Pewnej nocy, Victoria zaczeła krwawić z dróg rodnych, przerażony mąż poprosił Leopolda o samochód, ten jednak niechętnie wsiadł w swojego Range Rover i zawiózł małżonków do szpitala. Kobieta była w 8miesiącu ciąży, lekarz dyżurujący, zapytał:

- Czy Pani pracowała na wysokościach, powyżej 2 metry? Czy Pani podnosiła ciężary? Wie pani, że ciąża jest zagrożona od 5 miesiąca ciąży.!
Na to kobieta odpowiedziała:
- Niestety tak doktorze, robiłam to i wiele innych czynności. Jednak musiałam, nie miałam innego wyjścia.... - zatrzymała się, kiedy w drzwiach zobaczyła pracodawcę.
Ginekolog zlecił położenie na oddział kobiety, aż do porodu, bez możliwości wypisu na własne życzenie, jednak Leopoldowi, bardzo się to nie spodobało. Podszedł do Simona i wykrzyczał mu w twarz:
- Co ty sobie wyobrażasz? Do porodu będzie tu siedziała!? A co z moją żoną, kto będzie wykonywać czynności które powinna wykonywać Victoria? - zdenerwowany, wyszedł ze szpitala i pojechał do swojej rezydencji.

Po porodzie, kobieta wraz z mężem podpisała dokument, w którym zrzekła się praw rodzicielskich do swojego synka. Tyle go widziała, całego w krwi, czarnego i pomarszczonego. Nawet nie dali jej chłopczyka do rąk, no przecież zrzekła się praw, on nie jest jej, jest oddany do adopcji. Płacz jednak, nie zatuszował, nie pozbawił jej bólu. Musiała go oddać, dobrze o tym wiedziała, a teraz powrót do rezydencji. Tylko jak poradzi sobie z drwiąca i szyderczą Oktawią i Leopoldem, miała dość tego życia.

Rok 1999, grudzień.
Dzień jak co dzień, zbliżały się świeta Bożego Narodzenia, Victoria przygotowywała w kuchni przysmaki święteczne, potrawy, likiery domowej roboty, ozdoby. Simon w tym okresie czasu ubierał choinkę w lampki, bomki i łańcuchy świąteczne, wyciągał wszystko z kartonów jak co roku. Choinka była zawsze świeża, kupiona z lasu, prywatnego lasu bogatego wuja pracodawcy. Dekorował wejście frontowe do rezydencji, gdy nagle na pojazd wjechał Leopold, wychodząc z samochodu, zawołał:

- Simon! Podejdź tu proszę do mnie.
- Tak, w czym panu pomóć.
- Wyciągnij z bagażnika prezenty świąteczne i ułóż pod choinką. Słuchaj, byle byś niczego nie potłukł jak w ubiegłym roku. To nie są tanie rzeczy, nie stać cię nawet na folię ozdobną a co dopiero z zawartościa. Ha ha ha.. Do ruchy! - kpiąc z czarnoskórego lokaja, poszedł do jadalni zjeść obiad z żoną.

Simon wyciągając prezenty zauważył coś dziwnego, coś innego niż co roku. Co tutaj robią prezenty dla dziecka? - pomyślał sobie w duchu.
Nie zastanawiając się długo nad tym wszystkim, zamknął bagażnik samochodu, i poukładał estetycznie wszystkie prezenty pod choinką świąteczną. Wrócił na podjazd i schował samochód do garażu.
W tym czasie jego czarnoskóra żona, podała obiad panom.

- Smacznego.
- Już za pare dni, już na świeta będzie z nami trzecia osoba, nasz 10 letni syn. - pogardliwie zwróciła się do służącej.
- Cieszymy się bardzo z mężem, czy mam przyrządzić dodatkowe potrawy dla Państwa syna?
- Nie, wyjdź.! - krzycząc po służacej straciła równowagę umysłową. - Widziałeś ją? Co za pierdolona czarna dziwka, nie ma za grosz kultury! - w gniewie jadł obiad.

- Simon !!! Simon !!! - szukała męża. - Gdzie ty jesteś??? Simon!!!
- No tutaj! W stajni, przy koniach, sprzątam - odezwał się mąż służącej.
- Oni mają syna... !! 10 letniego !!! Naszego syna!!!
- Co ty mówisz jakiego syna, i jak naszego, zwariowałaś kobieto!
- No mówię Ci Simonie, Oktawia powiedziała, że na świetach będzie trzecia osoba ich syn. W dodatku 10 letni syn. Pracujemy u nich 16lat, kiedy ona była w ciąży? Przecież ja , ja Simonie urodziłam 10 lat temu naszego synka, ona mi go odebrała. - Płacz jednak nie zdziałał cudów, ból powrócił, po oddaniu dziecka do adpocji.
- Co ty opowiadasz, to na pewno nie nasz syn, może adoptowali, ale nie naszego opamiętaj się kobieto! - szarpał kobietą w stajni i rzucił do podłogę. - Wracaj do roboty! Bo nas wyrzucą, stara wariatko!

Wigilia.
W rezydencji Opiców panowała napieta atmosfera w przypadku domowników jak i służby. Służba marwiła się, kim jest dziecko panów, a Opicowie zastanawiali się, jak zmieni się bardzo ich życie, kiedy chłopiec wejdzie w ich rodzine i stanie ich ich członkiem.

No i nadszedł ten moment, na podjazd rezydencji podjechał samochód z domu dziecka. Z pojazdu wyszedł mały, czarnoskóry, 10 letni śliczny chłopczyk, za nim ciemnej karnacji, o czarnych włosach i muskularnej posturze dyrektorka instytucji.
- Witamy was w naszej rezydecji, witaj w domu synku. - powiedziała Oktawia.
- No przecież to nasz syn Simonie, to on! To moje dziecko! - mówiła nerwowo i zarazem po cichu do męża Victoria.
- No co ty opowiadasz, to nie nasz syn, to jakieś inny murzyn i ich dziecko. Skąd masz tą pewność, że to on? Oszalałaś, czy oni by chcieli wychowywać dziecko służby? - powiedział z irytacją.
- No, masz rację mężu.
- Mamo....tato.... przygotowałem wam prezent na święta, czy jesteście z niego zadowoleni? - wręczył nowym rodzicom rękodzieło.
- Cudowne! Chodźmy jeść kolacje! Aaaa prezent damy pod choinkę, tradycyjnie.

Mijały tygodnie, Oktawia była cudowną matką a zarazem przyjaciółką do małego Jana, dawała mu wszystko, zabawki, najlepsze ciuchy, szkoła prywatna, miał wszystko czego by dusza zapragnęła. Pewnego dnia przyszedł do kuchni w podkoszulku i pił mleko z kartonu. Do kuchni w tym momencie weszła służąca i zauważyła na jego ramieniu znamię w kształcie maluteńkiego listka. W tym momencie przypomniała sobie moment w życiu z porodu. Przecież jak badali małego to miał na ramieniu znamię - myślała.
- Chciałbyś sobie coś zjeść synku? - powiedziała z rozpędu Victoria.
- Synku? Dlaczego Pani do mnie tak mówi? Ciasteczka... - zdziwiony chłopczyk.
- A wiesz, tak czasami się mówi, ale bardzo Ciebie przepraszam, nie mów o tym rodzicom, dobrze?
- Ale dlaczego, mam nie mówić mamie? - zaszokowany.
- Bo nie powinnam tak mówić, mamie zrobi się przykro, chcesz tego, żeby była smutna z mojego powodu? Z mojej głupoty?
- Ma Pani rację! Idę się bawić! Pa. - pobiegł do salonu.
- Pa synku... - zaczeła płakać i gotować obiad pracodawcą.

- Słuchaj Simon to nasz syn i teraz jestem tego pewna na 100%. On ma znamię na ramieniu, znamię w kształcie listka. Pamiętasz jak go badali i z ukrycia na niego patrzyliśmy? Zauważyłam, ty też , że było tam znamię , to on! Jan? Dlaczego..... przecież, to jest nasz Paul. - zrozpaczona kobieta rzuciła się w ramiona męża.
- Ale słuchaj, zrzekliśmy się praw rodzicielskich, a gdyby oni go wychowywali, ciesz się, ma życie o którym mogliśmy marzyć, żeby mu stworzyć, niech się cieszy, że trafił na Leopolda i Oktwię, a nie na nas. Victorio, zrzekłaś się bycia matką, nie możesz mieć teraz pretensji ani do niego, ani do panów ani do życia, zrobiłaś to co musiałaś.
- A co jeśli oni zrobili to specjalnie? I teraz mamy się męczyć i cierpieć, że żyjemy obok niego i nie możemy nawet go przytulić? - płakała w ramie Simona.
- Ale po co? Na moje oko, oni nawet nie wiedzą, że to nasz syn. I tak ma zostać! Słyszysz kochanie? Tak ma zostać! Zniszczą mu życie jak nam, jeśli dowiedza się prawdy.

Rok 2005, kwiecień.
Jan Opic obchodzi swoje 16 urodziny, od rodziców dostał klucze do swojego skutera, za to od służby dostać mały podarunek w postaci przysmaku ciemnoskórych z ich rodzinnych stron. Chłopakowi spodobały sie wszystkie prezenty, był bardzo miłym i dobrym chłopakiem.
Jeździł sobie po ulicy nowym skuterem, kiedy z nienacka wuj ojca wymusił mu pierwszeństwo na skrzyżowaniu i uderzył w niego z bardzo dużą siłą. Chłopak wyskoczył i uderzył bardzo mocno głową w asfalt drogi. Jan stracił przytomność, i sąsiedzi, widzący owy wypadek zadzwonili po pogotowie ratunkowe oraz policję.

- Jak mogłeś ty durniu zrobić chłopakowi krzywdę?! - krzyczała wulgarnie Oktawia na wuja.
- Zwarzaj na słowa! A ty mogłaś kupić mu kask, albo najpierw żeby poszedł na prawo jazdy dla skuterów, nie ma 18 lat.
- No ty chyba sobie żartujesz, policja mi powiedziała, że to ty wymusiłeś pierwszeństwo.
- Policja, też wie, że on nie miał prawa jeździć tym pojazdem jednośladowym cwaniaro.
- Przestańcie! - uspokajał ich Leopold. - Gdzie lekarz? - zwrócił się do pielęgniarki.

- Panie Leopoldzie, pana syn potrzebuje krwi, stracił jej bardzo dużo. Prosilibyśmy się zbadać, a nie ukrywam, przydadzą się.... - mówił lekarz.
- Krew rodziców biologicznych.... niech pan kończy jak zaczyna - wyszedł z gabinetu.
- Trzeba się zbadać, ale najprawdopodobniej będziemy musieli iść do Simona i Victorii. - zdeterminowany i zdenerwowany mąż uświadomił arogancką żonę.
- No ty chyba oszalałeś!
- To chyba będzie konieczne.

Rok 2005, maj.
- Jesteśmy twoimi rodzicami.
- Że co słucham? Jak to wy? A mama i tata? No ja wiem, że jestem adoptowany, ale jak to wy. Jak to??? Wy???? mieszkacie w oficynie! Ja w rezydencji... kim wy dla mnie jesteście? Służbą! Wynocha... - oburzony sytuacją Jan, wypędził z pokoju biologicznych rodziców.
- Mamo !!!! Tato !!!! - wołał swoich aktualnych rodziców.
- Tak synku?
- Kim ja jestem? Opicem? czy tym murzynem z rodu tej brudej służby. - zapadła cisza. - No mówicie do cholery!!!!
- Nie tym tonem Janie! - zirytował się ojciec. - Powinien znać prawdę Oktawio...
- Jaką prawdę??!! - Jan.
- Tak jesteś synem, biologicznym synem Simona i Victorii. 16 lat temu oddali cię do adopcji. Nie chcieli cię mieć, my im mówiliśmy, że pomożemy, że oczywiście, będą dalej mogli u nas pracować i Ciebie synku wychowywać, ale nie chcieli. Woleli się ciebie pozbyć i zrzeć sie wszelkich praw do ciebie. Przykro nam. - Oktawia wiedziała, że skłamała, dlatego udała zawroty głowy i wywołała łzy w oczach.
- Tato....? A to czemu dopiero po 10 latach dopiero wy mnie adoptowaliście?
- Synku.... - przerwała mu żona.
- W od różnieniu do twoich biologicznych rodziców, my mamy sumienie i nie chcieliśmy, zebyś ktwił w bidulu. Staraliśmy się o Ciebie 3 lata, dość długo nie sądzisz? Bo twoja mamuśka się o Ciebie nie starała nawet po porodzie. - brneła w tą huśtawkę trudnych emocji i kłamstwie. - Adoptowaliśmy Cię, daliśmy ci wszystko. A oni? co by ci dali? nic, sam wiesz, kim oni są.
- Masz rację mamo, przepraszam. Kocham Cię.
Tato, zwolnij tych aroganckich ludzi. Natychmiast! - rodzice wyszli z pokoju syna.

Rok 2006, styczeń.
Jan Opic siedzi w kawiarni i czeka na biologicznych rodziców w tajemnicy przed Leopoldem i Oktawią. Czekał 25minut, aż się doczekał, do kawiarni weszli załamani, rozpaczeni rodzice. Victoria miała na sobie sweter i spodnie bardzo taniej jakości. Za to ojciec bardzo taniej jakości garnitur. Boże jaki wstyd - myślał w duchu Jan.

- Od rodziców wiem, jak bardzo chcieliście się mnie pozbyć ze swojego życia. Ale nadszedł czas, żebyście się osobiście mi wytłumaczyli! A wiec słucham. Uprzedzam... wyglądacie okropnie, jak biedacy, bogu dzięki, że nie śmierdzicie bo by dopiero był wstyd mi z wami siedzieć, tak ja mam reputacje. - arogancki.
- Upodobniłes się do swojej matki... Byłeś dobrym chłopakiem jak my, teraz jesteś pusty, arogancki, pruderyjny i nowobogacki.
- WOW, jakie słowa. Słownik? Czy telewizja... Aaa zapomniałem, nie mieszkacie już w oficynie, nie macie takich technologii.
- Wychodzimy ! Nie będzie nas obrażał, to już nie jest nasz syn! To bogacz, który ma korzenie biedaków! - wstał Simon.
- Nie! Zostań, to twoja krew. Tylko Oktawia zrobiła z niego potwora. Trzeba mu powiedzieć kim był, kim jest i kim się stał. Bo jest naszym synem! - mąż usiadł, jednak Jan truche poczuł się źle, że tak potraktował prawdziwych rodziców, jednak nie przeprosił, jego duma była taka sama jak jego mentorki.

Rozmawiali bardzo długo, były łzy, były wyrzuty sumienia i wyrzuty odrzucenia. Jednak chłopak zrozumiał, że jego ideał matki, ideał kobiety go okłamała i zrobiła wszystko, by znienawidził własnych rodziców.

Chłopak wrócił do domu i pobiegł do gabinetu ojca.
- Jak mogłeś mi to robić? Dlaczego matka kłamała? Wiem wszystko, a ty? Tyle lat milczałeś, jak mogłeś dopuścić, zebym JA, ja potraktował tak swoich rodziców, biologicznych w dodatku rodziców. - łzy napływały mu do oczu, mówił z zaciśnietymi zębami i bólem w sercu.
- Synku, ja nie chciałem, ale twoja matka, tak bardzo nienawidzi biedoty, że to wszystko uknuła. Chciała, żeby twoja prawdziwa matka cierpiała, żeby widziała, jak ty traktujesz ich jak śmieci. Ale co ja mogłeś, straszyła mnie. Wybacz mi synu. - przytulił Jana i poszli do sypialni kobiety.

- Jesteś z siebie zadowolona? Nasz syn o wszystkim wie, rozmawiał z tymi ludźmi.
- Jakim ty jesteś głupim człowiekiem mężu. Synku, wejdź - zawołała.
- Jak mogłaś mi to zrobić, co? Byłaś dla mnie wszystkim. Matką, mentorką, przyjaciółką i ideałem kobiety. A ty wbiłaś mi nóż w serce. Matka moja Victoria wszystko mi powiedziała, za to tato - wskazał palcem na Leopolda. - dopowiedział, co zrobiłaś. Zraniłaś mnie. - krzyczał i wyrzucał wszystko co go bardzo boli.
- Czas żebyśmy porozmawiali, ja, ty i twój ojciec.
- Słuchamy. - powiedzieli jednym głosem.
- Kiedyś byłam biedna jak mysz kościelna. Mój ojciec był alkoholikiem, pił codziennie, w sumie nigdy to on nie był treźwy, pił i bił. Mama moja, twoja babcia, była dziennie katowana przez ojca, miał do niej pretensje, że nie miał już vódki w lodówce, albo że źle postawiła cukierniczce. Było nas 10 rodzeństwa, każde z nas wyparło się ojca w momencie skończenia pełnoletności. Matka zmarła gdy miałam prawie 18 lat, dokładnie 7 dni przed urodzinami. Nawet nie wiesz jaki to był cios. Uciekłam z domu po pogrzebie, wyparłam się ojca, spałam miesiącami w stajni z końmi. Śmierdziałam ich odorem, jadłam siano, i gdy coś ukradłam gospodarzą. Nie mam czym się chwalić, miałam 24 lata, kiedy gospodarz mnie zgwałcił, bił i gwałcił, zaszłam w ciąże, tak bardzo mnie skatował, że w tej stajni poroniłam swoje dziecko... - płacze. - Cierpiałam, ale uciekłam, pomogła mi ciotka, nie prawdziwa, ale dla mnie to moja ciotka, przyjeła mnie pod dach, nauczyła kultury, nauczyła etykiety. Znienawidziłam biedaków! Sama tym byłam, dalej jestem, jestem biedna w sobie, w duszy. - przerwała. - Później poznałam Leopolda, i mieliśmy służbe, źle ich traktowałam nie powiem, ale miałam obraze, dla mnie każdy biedak był menelem, a każda kobiete nienawidziałam, jak swojej matki, że nie potrafiła mnie uratować. - przerwała, żeby wytrzeć łzy. - Kiedy twoja biologiczna matka zaszła w ciąże, miałam przed oczami, że czeka cię życie takie jakie ja miałam, nie miałam pewności, ze ciebie nie skrzywdzą. Chciałam Ci dać wszystko, na początku chciałam, zeby twoja matka poroniła, chciałam uchronić Cię, przed życiem jakie ja miałam. A teraz? nie potrafię sobie sama wybaczyć.
Kobieta nie zauważyła, że w drzwiach stali rodzice chłopaka i wszystko słyszeli. Victoria podeszła do Oktawii, przytuliła ją i powiedziała dwa bardzo ważne słowa, słowa które zmieniło życie tej rodziny - Wybaczam Ci.

czwartek, 1 lutego 2018

Come BACK

Witajcie kochani moi!
Co tu się działo, jak mnie nie było?
Nuda... - Przepraszam.
Wracam do was, wyczyściłam BLOGA do zera, wszystko idzie do kosza. Rewolucja! Jedynie co zostawiam? Nazwa, jej nie zmienię. 
Nie będzie już rozdziałów, straciłam rachubę, wątek, wszystko. Brak czasu też dużo, zdecydowanie dużo zrobił. Mimo, że obiecywałam. Ile mnie tutaj nie było 2 lata, strasznie długo, nie sądzicie? 
Więc o czym będzie blog, jak została nazwa? Będę pisała krótkie opowiadania, jak na początku mojego debiutu, jak można to tak nazwać... 
O czym będą opowiadania? Ha, różnie.. Sama nie wiem, nie zaczęłam nawet szczerze mówiąc.. Ale na razie mam wolne, mam czas, będę kombinować a co mam robić! Jak pamiętacie czytałam książki, dalej czytam, nie wiem po co mówię w czasie przeszłym! Przyznam się, regularnie to ja nie czytam, jak mi się chce to czytam, idę do biblioteki miejskiej, wypożyczam i czytam. 
No to już wiecie o co kaman... Czytam to mam jakąś tam wizje swoją, swoją wenę "twórczą" .. Oczywiście ze mnie nie jest żaden humanista, boże popełniam błędy w języku Polskim! Uprzedzam...!! 
No to co, no to jak... Ogłoszenie moje wystawiłam, czas zacząć się za wypociny! 
Come BACK, dobra nazwa tytułu, obym nie straciła znowu rachubę. 

Pozdrawiam, 
Zakłamane Oblicza Życia.